STRONA GŁÓWNA | KIM JESTEM | NIEZAPOMINAJKA | AKTUALNOŚCI | FORUM | FUNDACJA DOBRE ŻYCIE | KSIĘGA GOŚCI |NAPISZ
 

 

Smak podziemnej przygody

W tym momencie wszyscy uświadomili sobie grozę sytuacji i pomyśleli, że przecież może tak się zdarzyć, że nie wyjdą już spod ziemi. Jeszcze ostrożniej ruszyli przed siebie.


Kiedy Marcin zobaczył niewielki otwór, znajdujący się na wysokości jego kolan, powiedział: Przecież ja się ubrudzę, jak będę wchodził. Pozostali członkowie ekipy - Tomek, Olgierd i Andrzej roześmiali się. – To właśnie na tym polega, żeby się wybrudzić, spocić, przestraszyć i zatęsknić za słońcem – krzyknął jeden z nich. Po kolei wczołgiwali się do jamy. W świetle latarek zobaczyli dziurę biegnącą w dół, a w niej metalową drabinę, która wydawała się nie mieć końca. Pierwszy zszedł Tomek. Stanął na ziemi dziesięć metrów niżej i zaświecił latarką do góry. – Możecie schodzić, jest grunt – oznajmił. Andrzej, Marcin i Olgierd ostrożnie, jeden za drugim (szczeble drabiny były zardzewiałe, trzeba było uważać, szczególnie na ręce, żeby ich nie pokaleczyć) dołączyli do kolegi. - Widzieliśmy tylko tyle, co w świetle latarki – opowiada Marcin. W strumieniu światła ujrzeli niewielki otwór. Z mapy wynikało, że prowadzi do kolejnego pomieszczenia. Przeczołgali się do szerokiego korytarza, który wyglądał jak kanał. Po 300 metrach doszli do sterty gruzu, zamykającej przejście. Dalej nie było już jak iść. Zawrócili. - To wydarzenie miało miejsce podczas wyprawy do obiektów wchodzących w skład grupy warownej ,,Cegielnia’’ na Wale Pomorskim – wspomina Tomek Piwowarski (nauczyciel gimnazjum w Toruniu, inicjator wypraw). – Uczestniczył w niej Andrzej Karls, (jest prawnikiem), Olgierd Sobkowiak, student prawa na UMK i Marcin Piotrowski, również prawnik. Większość z nas dobiega trzydziestki. Co człowiek czuje pod ziemią? – pytałam członków wyprawy. Niepokój, bo nie wie, gdzie jest i jakie wokół czają się pułapki. Jest ciasno, ciemno, i ten zapach wilgoci, a także zatęchłych, długo nie wietrzonych pomieszczeń – opisywali. - Trzeba ostrożnie stawiać stopy, bo nie wiadomo co pod nimi się znajduje – opisuje Marcin. – Pod ziemią budzi się jakiś siódmy zmysł, który ostrzega przed niebezpieczeństwem. Przeżyłem to w chwili, gdy znalazłem się na krawędzi głębokiego dołu. Zareagowałem odruchowo i uratowałem się. Ale to miało miejsce już w innym bunkrze. Z pierwszego wyszli na powierzchnię tak, jak weszli: z korytarza przez niewielki otwór, po metalowej drabinie i już byli na zewnątrz. Poszli szukać dwóch następnych bunkrów. Szli według starych map, z okresu II wojny światowej. Błądzili tak ze trzy godziny, aż wreszcie natknęli się na to, co szukali. Zorientowali się, że łazili trochę bez sensu, gdyż dwa kolejne bunkry znajdowały się dość blisko pierwszego; wystarczyło 15 minut, żeby pokonać dzielącą ich odległość. Im zajęło to trzy godziny. Wieczorem przy kolacji poczuli wszechogarniającą błogość. – Byliśmy bardzo szczęśliwi – wspomina Marcin. Po pierwsze dlatego, że dotarli do celu, po drugie, że udało im się bez szwanku wyjść z bunkra, po trzecie – samo przebywanie w gronie podobnie myślących i odczuwających osób sprawiało im radość. Marcin opowiadał o telefonach i SMS-ach z życzeniami, które odbierał jeszcze przed wejściem. – Miałem tego dnia imieniny i dużo osób z Poznania i Płocka dzwoniło, żeby mi złożyć życzenia – opowiada. Zapamiętał to nagłe, dość gwałtowne zderzenie dwóch światów – jasnego, z autem i komórkami oraz innymi luksusami ułatwiającymi życie - z ciemnością pełną niespodzianek i drażniącego nozdrza zapachu. To było dość niezwykłe i intensywne przeżycie. - Właśnie podczas tej wspólnej kolacji uświadomiłem sobie, że chociaż odczuwam lęk przed bunkrami pójdę tam jeszcze, żeby znów poczuć to, co przeżyliśmy tego pierwszego wieczoru – opisuje swoje wrażenia Marcin. Targały nim na zmianę – ciekawość (jak tam będzie, co go tam spotka) i strach (czy nie przyjdzie im tam zostać na zawsze). - Jak człowiek już wyjdzie spod ziemi, to jakiś dziwny wchodzi w niego entuzjazm – próbuje określić swoje przeżycia Andrzej. – Wtedy sobie zdaje sprawę, że w gruncie rzeczy te bunkry to jest paskudne miejsce. Po co w ogóle człowiek tam schodził? Na tego typu rozmowach zeszło im pół nocy. Poszli spać późno. Obudził ich Tomek przed siódmą rano. Niemal siłą wyciągał z łóżek. Biegał podekscytowany, opowiadał o bunkrach. Na Górę Wisielczą ruszyli zaraz po śniadaniu. Trafili bez trudu, Tomek był tego dnia jeszcze lepiej przygotowany do roli przewodnika. W miejscu, gdzie zaczynało się wejście do bunkra zobaczyli fragment kraty. Wyglądało to tak, jakby ktoś przykrył metalową kratą studnię. Kiedy się nachylili ujrzeli betonowe schody, zawieszone w przestrzeni. Tym razem w otchłań pierwszy zanurzył się Tomek. Za nim ruszył Marcin. Schody były bardzo wąskie, strome i dość długie. Na dole czekało kilka niespodzianek. W jednym z pomieszczeń trafili na ślad ludzkiego bólu i nieszczęścia. Znaleźli grób młodego człowieka. Miał 27 lat, zszedł do bunkra po śmierć. Wpadł do jednego z głębokich szybów wentylacyjnych. Niewiele brakowało, żeby Marcina spotkał ten sam los. – Rozglądałem się po suficie za nietoperzami, kiedy nagle poczułem jakiś dziwny niepokój – opowiada. – Zaświeciłem latarką w dół, a tam ogromny, czarny otwór bez dna. Stałem na jego krawędzi. Zrozumiałem, że to już nie jest zabawa W tym momencie wszyscy uświadomili sobie grozę sytuacji i pomyśleli, że przecież może tak się zdarzyć, że nie wyjdą już spod ziemi. Jeszcze ostrożniej ruszyli przed siebie. W pewnej chwili ujrzeli pierwsze nietoperze. Sczepione w jeden kokon zwisały z góry jak kawał żelastwa. W głębi było ich jeszcze więcej. Odkrywali ptaki w różnych miejscach, niektóre wisiały na ścianie, inne na suficie. - Wcześniej Tomek nam tłumaczył, że nie wolno obudzić ani jednego nietoperza, gdyż dla zwierzęcia będzie to oznaczało śmierć. Dlatego zachowywaliśmy się tak ostrożnie, jak tylko jest to możliwe – wspomina Andrzej. Widok śpiących błogo nietoperzy był wręcz zniewalający. Wpływał na ekipę kojąco. Urocze pyszczki ptaków, wtulonych jeden w drugiego wyzwalały w nich instynkt opiekuńczy i chęć zabawy. Każdy z czterech mężczyzn zrobił sobie zdjęcie z nietoperzem. Niestety, jak się później okazało ani jedna fotografia, wykonana pod ziemią nie wyszła. Film został źle włożony i nie obracał się na rolce. Dzięki skrzydlatym ssakom udało im się odreagować lęk i towarzyszące pod ziemią napięcie. Humory poprawiły się, zaczęli się śmiać i żartować. Na wędrówce po kolejnych pomieszczeniach, zwanych poternami spędzili cały dzień. Chwilami szli jak po szerokim korytarzu bloku, aby za chwilę znów czołgać się na kolanach, lub po wąskiej desce prześlizgiwać się nad otworem wentylacyjnym. Tomek co i rusz robił pomiary, odczytywał niemieckie napisy, porównywał stan faktyczny z mapami. – Pobłądzić pod ziemią można, ale zabłądzić jest trudno – stwierdza Marcin. Zapach powietrza i wilgoci wyraźnie wskazuje, gdzie znajduje się wyjście. Stamtąd też dociera światło. Kierując się tymi wskazówkami można znaleźć wyjście. Każdy z uczestników wyprawy ma inne motywacje: Tomek zwiedza bunkry w celach naukowych, Andrzej tęskni za przygodą, Marcin chce zapomnieć, że jest lalusiem, jak sam mówi o sobie. Chce sobie udowodnić, że w głębi jest silny i odważny. Jak poczuł pierwszy bród (stało się to wtedy, kiedy przecisnął się przez pierwszy otwór) już wiedział, że ta włóczęga to będzie jego drugie życie. Przygoda Tomka z bunkrami zaczęła się kilka lat temu, kiedy to po raz pierwszy wszedł do podziemi Międzyrzeckiego Rejonu Umocnień z przewodnikiem. – W tym czasie nie było elektryczności w podziemiach udostępnionych do zwiedzania, a i grup turystycznych było mniej niż obecnie – wspomina. – Ogrom tej budowli, przestrzenie i historia z nią związana urzekły mnie. Postawiłem sobie za punkt honoru poznać losy i historię MRU. Później poznałem inne obiekty obronne: Wał Pomorski, Linię Mołotowa, Mamerki, Hel, Osowiec i wiele innych. Tomek Piwowarski rozpoczął studia podyplomowe, dzięki którym pod opieką profesora napisał pierwszą pracę o MRU. - Gdy schodzimy do podziemnych korytarzy lub sztolni szukamy w nich śladów przeszłości, informacji o ich przeznaczeniu, o ludziach, którzy je budowali – informuje Tomasz. – Jest to wielka przygoda, dzięki której można też wzbogacić swoją wiedzę. Podczas takich wypraw gromadzimy zdjęcia, wywiady, schematy itd. Robimy to po to, aby uchronić historię tych obiektów od zapomnienia. Każde zejście pod ziemię poprzedzone jest przygotowaniem - źródłowych materiałów szukają w bibliotekach i archiwach. Grupa (skład uczestników zmienia się – idą ci, którzy akurat mają wolny czas), której przewodzi Tomek porusza się po korytarzach dobrze znanych. Idą trasą pokazaną na mapach i schematach. - Pod ziemią trzeba zachować czujność – podkreśla Tomek. – Przez cały czas trzeba wciąż patrzeć pod nogi, żeby nie wpaść do jakiejś dziury. Nigdy nie wolno wchodzić do podziemi samemu, gdyż nigdy nie wiadomo do końca, co może się wydarzyć i czy nie będzie potrzebna pomoc. Tomek ,,dorobił’’ się już sporej grupy osób, z którymi wędruje po podziemnych obiektach. Twierdzi, że nawet największy laik po kilku wyprawach staje się specjalistą. - Zaczęliśmy od bunkrów w Międzyrzeczu – wspomina Andrzej. – Jeździliśmy tam co trzy miesiące, przez cały 1999 rok. Tam, wewnątrz gigantycznych umocnień, liczących sobie kilkadziesiąt kilometrów spędzili sporo czasu. Przebywanie w miejscu, związanym z działaniami prowadzonymi podczas II wojny światowej budziło w nich dreszcz silnych emocji. - Wciąż powracała myśli, że mogłem znaleźć się w tym miejscu 60 lat temu – mówi Andrzej. Jak poszli pierwszy to zostali w bunkrach na noc. – Tak źle nie spałem już dawno – opowiada Andrzej. – Pod ziemią było zaledwie 6 stopni Celsjusza, mimo, że weszliśmy do śpiworów było nam zimno. Kolega Sławek (był z nami podczas tej pierwszej wyprawy), który nigdy nie zakładał czapki, spał z czapką na głowie. Nikt nie zabrał ze sobą zegarka. Kiedy się obudzili, rozdzieli się – dwie osoby zostały, dwie poszły na zwiady. Rozejrzeli się trochę i wrócili z powrotem. Wtedy to Sławek przeżył podobną przygodę, jak Marcin na Wale Pomorskim. Szedł niemal po omacku, kiedy Andrzej wyłowił na ścianie napis ,,Uwaga’’. W tej samej sekundzie odruchowo skierował strumień światła na ziemię: tuż przed stopami Sławka ziała czarna otchłań.... - Pod ziemią trzeba mieć cztery ręce, dwie latarki i czworo oczu – opisuje Andrzej. – Przy różnego rodzaju otworach, przez które trzeba przejść odbywa się wzajemne czarowanie się: ja już byłem pierwszy, teraz pójdziesz ty. Każdy chce się wykręcić, ale w końcu ulega, bo koledzy patrzą... Podczas wędrówek po bunkrach ekipa Tomka kilka razy zetknęła się z wandalami lub śladami ich niszczycielskiej działalności. Na MRU chuligani zamalowują pozostałości napisów, rozkręcają metalowe elementy, rozpalają ogniska, które potrafią zostawić samopas. Nawet zakwalifikowanie MRU do grona ścisłych rezerwatów nie ochroniło obiektów przed zniszczeniami. Wciąż żywa, mimo wielokrotnego dementowania plotka o skarbach ukrytych w fortyfikacjach ściąga poszukiwaczy przeróżnego autorymamentu. Intruzi, w poszukiwaniu bogactw wysadzają z pomocą ładunków wybuchowych korytarze kontrminowe, niosą śmiertelne zagrożenie dla nietoperzy, jedynego zresztą skarbu fortyfikacji. – Głupota ludzka utrudnia życie tym miłym ssakom – ubolewa Tomek. Z kolei na Wale Pomorskim, na Cegielni miejscowi tolerują działalność piaskarni, które podbierają piach i powodują zapadanie się bunkrów. Badacz schronów razem z przyjaciółmi planuje kolejną wyprawę na Wał Pomorski. Potem pojadą w Góry Sowie. Tomek marzy o znalezieniu karabinu, a Marcin o pływaniu na pontonie oraz o tym, żeby jeszcze raz porządnie się wybrudzić i znów poczuć smak przygody. *Co jest Międzyrzecki Rejon Umocnień? Niemcy w kilka lat po I wojnie światowej, interpretując na swoją korzyść te artykuły traktatu wersalskiego, które mówiły o fortyfikacjach – już w 1925 roku rozpoczęli na granicy z Polską modernizację istniejących umocnień oraz budowę nowych obiektów. Międzysojusznicza Komisja Kontroli przerwała te prace i zmusiła Niemcy do podpisania w 1927 roku dokumentu zakazującego wznoszenia fortyfikacji na wschodnim brzegu Odry, na południe od Kostrzynia. Zaprzestanie prac nie oznaczało jednak, że Niemcy zarzucili pomysł. W rok po podpisaniu wspomnianego dokumentu Niemcy na podstawie studiów terenowych przeprowadzonych wzdłuż granicy z Polską doszli do wniosku, że muszą zabezpieczyć Bramę Lubuską, aby ochronić Berlin przed przeciwnikiem. Dokumentacja techniczna była gotowa w 1935 roku. Według niej fortyfikacje o nazwie ,,Das befestigte Gebiet Oder-Warthe-Bogen’’ miały być rozpostarte na powierzchni około 7 tys. km kw. Autorem projektu był Inspektor Saperów i Fortyfikacji major Otto Förster. Plany stworzenia Frontu Ufortyfikowania na łuku Warty i Odry zostały zaakceptowane przez Hitlera. Fastungsfront Oder-Warthe-Bogen miał składać się z trzech pozycji. Pierwsza miała biec od Dłusk przez Pszczew do Odry i składała się z umocnień typu polowego (rowy przeciwczołgowe, zapory z drutu, pola minowe). Główna pozycja biegła do Gorzowa Wielkopolskiego przez Skwierzynę, Gościkowo do miejscowości Brody nad Odrą. Podstawą umocnień miały być budowle o odporności B (wytrzymujące trafienie pocisków o kalibrze 220 mm, a miejscami nawet i 305 mm). W głównej linii obrony znajdowały się m.in. wielokondygnacyjne schrony, tzw. ,,panzerwerki’’, połączone podziemnymi tunelami. Najsilniej ufortyfikowany pas biegł od Kęszycy do wsi Wysoka. Trzecia pozycja nie została nigdy ukończona. Panzerwerki były to duże żelbetonowe pomieszczenia posiadające nawet do czterech kondygnacji w głąb ziemi. Obsługa takich schronów liczyła nawet i po 100 osób. Na górze znajdowało się pomieszczenie bojowe, zaś poniżej pozostałe: związane z prowadzeniem walki, dowodzeniem, funkcjonowaniem obiektów, zaplecze. Wejścia do schronów broniły pancerne drzwi, w przedsionkach znajdowała się strzelnica oraz zapadnia z pomostem i dołem. Sam otwór wejściowy był broniony przez karabin maszynowy. Komunikowanie odbywało się z pomocą zainstalowanych przez drzwiach telefonów, były też rury głosowe. Cały obiekt był obsypany ziemią, tworzył wzniesienie, nad którym górowały kopuły pancerne. Ich zadaniem była obrona panzerwerków. Obok kopuł bojowych znajdowały się obserwacyjne z peryskopem, a także wentylacyjne. Obiekt też był odpowiednio uzbrojony – w moździerz maszynowy, okrężny miotacz ognia itd. Schrony otaczała sucha fosa i drut kolczasty. Obiekt był wyposażony w szyby zejściowe do koszar, magazyn amunicji, zaplecza sanitarnego. Łączność pomiędzy schronami umożliwiała kolejka wąskotorowa o napędzie elektrycznym. Koszt budowy jednego kilometra podziemnych umocnień wynosił około miliona marek. Zakończenie prac przy fortyfikacji przewidywano na 1944 rok, a nawet na 1951. Jednak już w 1938 roku tempo prac osłabło, a Hitler nosił się z zamiarem ich przerwania. Doszło do tego w 1942 roku, a część wyposażenia przeniesiono na tzw. Wał Atlantycki. Podziemia w rejonie Kęszyce-Boryszyn wykorzystywano przez pewien czas jako podziemną fabrykę, do której przeniesiono z bombardowanych Niemiec zakłady lotnicze. Utworzono tam wtedy 1500 stanowisk pracy. Do ponownych prac wrócono w 1944 roku, ale nie miały już one tego rozmachu, co poprzednie. Prace na terenie Bramy Lubuskiej prowadzone były w ścisłej tajemnicy. Wprowadzono zakaz lotów na obszarze objętym pracami budowlanymi, zabroniono swobodnego poruszania się po tym terenie, aby tam wjechać, trzeba było mieć zezwolenie. Obiekty na powierzchni maskowano makietami domów, stodół czy młynów. Betonowe schrony bojowe, schrony dowództwa, baterie pancerne czy grupy warowne nie tworzyły całości Międzyrzeckiego Rejonu Umocnień. Uzupełniał go system śluz i kanałów, które miały utrudniać wrogowi przeniknięcie w głąb pozycji obronnych. Cały system śluz pozwalał na bardzo szybkie zalanie zaznaczonych obszarów. Ponowne prace w Międzyrzeckim Rejonie Umocnień rozpoczęto jesienią 1944 i zimą 1945 roku, kiedy to wojska sowieckie przejęły inicjatywę na froncie wschodnim. W pracach brali udział cywile jak i więźniowie obozów pracy i jeńcy sowieccy. Fortyfikacje te miały być bronione przez specjalne oddziały forteczne, wzmocnione przez wycofujące się wojska polowe. Plan ten został jednak zaprzepaszczony przez Hitlera, który skierował te oddziały na front zachodni i skierował do walk frontowych. W efekcie w styczniu 1945 roku potężne fortyfikacje, linie okopów MRU stały częściowo nie obsadzone przez wojska. Ostatecznie ich obronę powierzono 55 górskiemu Korpusowi Armijnemu SS, 433 i 436 rezerwowym dywizjom piechoty, batalionom Volksstrumu i żołnierzom z rozbitych jednostek. Jednocześnie, kiedy Niemcy przygotowywali się do obrony, sztab generalny Armii Czerwonej opracowywał plan zdobycia MRU. Rosjanie mieli dość dokładne informacje, zmyliły ich nieco makiety, ale ostatecznie już 26 stycznia Armia Czerwona zaatakowała MRU. Po zaciekłych walkach w nocy z 31 stycznia na 1 lutego 1945 Niemcy porzucili umocnienia i wycofali się w kierunku Odry. *Informacja opracowana została na podstawie fragmentów pracy podyplomowej Tomasza Piwowarskiego z UMK w Toruniu pt. ,,Międzyrzecki Rejon Umocniony – powstanie, rozwój i wykorzystanie w czasie drugiej wojny światowej’’.


Walentyna Rakiel-Czarnecka



Kliknij i posłuchaj ;)


Menu :

- GALERIA ZDJĘĆ
- EKOLOGIA
- CZŁOWIEK
- RECENZJE
- REPORTAŻE
- CHLEB
- LINKI
- MULTIMEDIA











 

 

 

  Copyrigt Effective Computer Support.